W świecie, w którym samoloty potrafią przenieść nas na drugi koniec kontynentu w kilka godzin, coraz łatwiej traktować podróżowanie jak wyścig. Liczą się odhaczone punkty na mapie, kolejne zdjęcia do mediów społecznościowych, coraz dłuższa lista krajów w opisie profilu. A przecież podróż może być czymś znacznie więcej niż tylko zbiorem miejsc, w których postawiliśmy stopę. Może stać się sztuką uważności, sposobem na poznanie siebie i innych ludzi, a nawet formą terapii od codziennego pędu. Powolne podróżowanie zaczyna się od decyzji: nie muszę zobaczyć wszystkiego. Wystarczy jedna miejscowość zamiast pięciu, jedno jezioro zamiast całej trasy po górskich szczytach. Zamiast zmieniać co noc hotel, można wynająć mały pokój na obrzeżach miasteczka i dać sobie czas, by poczuć rytm miejsca. To podejście wymaga odwagi, bo łatwiej jest wypełnić plan wycieczki po brzegi niż zaakceptować ciszę i nudę, które czasem pojawiają się, gdy naprawdę zwalniamy. Wolniejsza podróż pozwala też zejść z utartych szlaków turystycznych. Nagle okazuje się, że najciekawsze rzeczy dzieją się nie na głównym rynku miasta, ale w bocznej uliczce, w małej piekarni otwartej tylko rano, albo na ławce w parku, gdzie starszy pan dokarmia codziennie gołębie i chętnie opowiada o tym, jak dane miasto wyglądało trzydzieści lat temu. To w takich chwilach czujemy, że dotykamy prawdziwego życia, a nie jedynie powierzchownej warstwy atrakcji zaprojektowanych z myślą o turystach. W nowym miejscu łatwo ulec pokusie ciągłego porównywania: tutaj jedzenie jest lepsze, tam ceny są niższe, a gdzie indziej ludzie bardziej uśmiechnięci. Tymczasem powolne podróżowanie uczy akceptacji. Nie każdy kraj musi być idealny, nie każde miasto musi nas oczarować. Czasami największą wartością staje się samo doświadczenie bycia w drodze, obserwowania, jak różne mogą być domy, ulice i obyczaje, a jednocześnie jak podobne są podstawowe potrzeby ludzi – potrzeba bezpieczeństwa, ciepła i bliskości. Gdzieś po kilku dniach takiego podróżowania można zauważyć, że zmienia się sposób myślenia. Mniej patrzymy w ekran telefonu, a więcej na ludzi dookoła. Zaczynamy rozpoznawać sprzedawcę w lokalnym sklepie, kelnerkę w małej kawiarni, przechodnia z psem, którego mija się prawie codziennie. Z wolna buduje się poczucie oswojenia, choćby chwilowego zamieszkania. To także moment, w którym często szukamy inspiracji na dalszą drogę i trafiamy na różne źródła poleceń – przewodniki, rozmowy, czasem po prostu przypadkiem znaleziony w internecie blog z recenzjami który podpowiada mniej oczywiste miejsca i lokale. Powolne podróżowanie jest też szansą na lepsze zrozumienie siebie. Kiedy znikają bodźce w postaci sztywno zaplanowanego grafiku i konieczności “zaliczania” atrakcji, nagle pozostajemy sam na sam z własnymi myślami. Łatwiej wtedy zadać sobie pytania: czego tak naprawdę szukam w tej podróży? Odpoczynku od pracy, inspiracji, zmiany życiowej perspektywy? A może po prostu chcę przeżyć kilka dni bez wiecznego pośpiechu, z książką, notesem i kubkiem lokalnej kawy o poranku. Nie należy też zapominać o tym, że wolniejsze tempo podróży to zazwyczaj mniejszy stres. Zamiast nerwowo sprawdzać rozkład autobusów i biegać między atrakcjami, można pozwolić sobie na spontaniczność: wejść do muzeum tylko dlatego, że zaciekawił nas plakat, pójść za odgłosem muzyki i trafić na koncert, który nie był reklamowany nigdzie indziej poza jednym lokalnym plakatem w bramie kamienicy. To właśnie te nieplanowane momenty często zapadają w pamięć najmocniej. Co ciekawe, powolne podróżowanie wcale nie musi oznaczać długich wyjazdów. Można praktykować je także podczas krótkich wypadów weekendowych, a nawet w swoim własnym mieście. Wystarczy świadomie odłożyć na bok listę “must see” i zastąpić ją prostym pytaniem: na co mam dziś ochotę? Na spacer bez celu, na odwiedzenie parku, w którym nie byłem od dzieciństwa, czy może na przejażdżkę tramwajem do końcowej pętli, tylko po to, by zobaczyć, jak wygląda świat na jej końcu. W świecie nastawionym na tempo i efektywność wybór wolniejszego podróżowania jest trochę aktem buntu. To powiedzenie sobie: mam prawo niczego nie przyspieszać, nie udowadniać, że zobaczyłem jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Mam prawo delektować się jednym widokiem, jedną rozmową, jednym daniem w małej restauracji, zamiast gonić za kolejnym punktem programu. I właśnie w tym świadomym zwolnieniu kryje się największa magia podróży, która nie kończy się wraz z powrotem do domu, ale na długo zostaje w nas jako ciche przypomnienie, że naprawdę warto czasem iść wolniej.